Półka z książkami: Stefan Roguski „Opowieści wuja z Zacisza”

Zacisze to miejsce wyjątkowe. Położone na prawym brzegu Wisły, przy szosie radzymińskiej, wciąż zachowuje klimat prowincjonalnego miasteczka. Dominuje rodzaj zabudowy wynikający z przeszłości tego osiedla. Znajdziemy tu niską zabudowę, pojedyncze modernistyczne wille np. przy Codziennej i Bratka, kurpiowskie drewniane domy jak ze skansenu, obok peerelowskich budynków, albo nowoczesnych domów stylizowanych na dworki. Zacisze zajmuje niewielki obszar pomiędzy dwoma ogromnymi osiedlami mieszkaniowymi: Targówkiem i Bródnem. Obecnie na osiedlu trwa ożywiony ruch budowlany. To stacja metra jest magnesem przyciągającym inwestorów.

Jak to się stało, że ta niewielka osada, która w 1951 r.  została włączona w obręb Warszawy, zachowała charakter podmiejskiego osiedla jakim było w przeszłości?

Warto przypomnieć historię naszej małej ojczyzny, zanim aktywność deweloperów nie zatrze całkowicie wyjątkowego, podmiejskiego charakteru Zacisza projektowanego kiedyś jako miasto-ogród.

Miasto-ogród to wywodząca się z Anglii, dwudziestowieczna idea projektowania osiedli przyjaznych człowiekowi. Pragnął do niej nawiązać przedwojenny właściciel majątku Zacisze, Zygmunt Jórski. 

To on ofiarował działki, które przeznaczył po budowę kościoła, szkoły na ulicy Samarytanka, domu kultury i straży pożarnej. Obiekty te miały służyć lokalnej społeczności. 

Osobę dziedzica Zygmunta Jórskiego, właściciela ziemskiego, z wykształcenia artysty plastyka upamiętniało epitafium, które było umieszczone po lewej stronie przedsionka przy wejściu do poprzedniego kościoła.

Właśnie ten zapomniany świat ludzi, którzy żyli przed nami i budowali Zacisze przypomina Stefan Roguski w napisanej z humorem książce „Opowieści wuja z Zacisza”.

We wstępie czytamy: 

„Jórski dziedzicząc po ojcu szmat ziemi między Targówkiem, Elsnerowem i Bródnem (wszędzie tam istniały majątki ziemskie) w latach międzywojennych zajął się parcelacją części swojej posiadłości. Z jednej strony prowadził gospodarstwo o wysokiej kulturze uprawy i dostarczał stolicy ekstranowalijek – codziennie do Hali Mirowskiej docierał jego jeden wóz ze szparagami, cykorią, skorzonerą i wczesnymi warzywami, od Jórskiego pochodziły najpiękniejsze morele i brzoskwinie, z drugiej zaś strony nieużytki i bagniste tereny dziedzic zaczął dzielić na działki. Od niego można było kupić parcelę dziesięciokrotnie taniej niż na Saskiej Kępie, o połowę taniej niż na linii otwockiej. Dzięki takiej cenie lokowali się tu najbiedniejsi. Arystokracją byli kolejarze, poczciarze i tramwajarze – ludzie na państwowych posadach. Poważną resztę stanowili furmani, murarze, robotnicy od łopaty i tym podobnych prac, sezonowi. Stąd płynął swoisty folklor na Pragę. Do centrum docierał rzadko. Wśród mieszkańców Zacisza na palcach jednej ręki można było zliczyć tzw. inteligentów (lub jak kto woli ludzi z wyższym wykształceniem|). Proboszcz i dwaj nauczyciele to była ścisła elita. Przez kilka lat rezydował tu lekarz, zwany ruskim doktorem. Jeździł wszędzie rowerem w kaloszach wkładanych na bose nogi – przy diagnozie zwykł był zwracać się do pacjentów: -„Słuchaj, co mówi doktor i nie pyskuj”. A diagnozy miał często szokujące. 

Mówimy o tamtym Zaciszu. Na obecnym Zaciszu osiedlają się lekarze, profesorowie, aktorzy, inżynierowie. Zmieniły się więc nie tylko jego domy i ulice, zmienił się i zmienia się wciąż skład socjalny dzielnicy.” 

Tyle możemy przeczytać w książce Stefana Roguskiego. Dziś ślady jeszcze istniejące dawnego Zacisza zaciera czas. 

Jeżeli żyją potomkowie: „furmanów, murarzy i ludzi od łopaty”, czyli pierwszych osadników na Zaciszu, to mogą być dumni ze swoich przodków. Bo to właśnie spośród nich, między innymi, rekrutowali się obrońcy ojczyzny spod Radzymina w roku 1920. 

Pamiętam dzień 15 sierpnia 1981 roku na Zaciszu. To nie był dzień świąteczny. Stałam w długiej kolejce po chleb i mleko w sklepie przy Blokowej tam, gdzie teraz jest Lewiatan. Stojąca przede mną starsza kobieta wspominała: „Kiedy 15 sierpnia rozeszła się wieść, że Rosjanie nadciągają, ludzi ogarnęło przerażenie. Młodzi mężczyźni i chłopcy z Zacisza biegli pod Radzymin, każdy z widłami, z czym kto miał…” Jej słowa zrobiły na obecnych duże wrażenie. Bitwa Warszawska 1920, o której wtedy nie mówiło się oficjalnie, ukazała się nam jak żywy, konkretny obraz ludzi biegnących do walki.

Warto, aby nowi mieszkańcy, a przede wszystkim architekci i deweloperzy znali historię tego miejsca, aby pamiętali o dziedzicu Jórskim – artyście i wizjonerze, i o pierwszych mieszkańcach Zacisza – rzemieślnikach i furmanach. Wtedy może uda się zachować chociaż w części unikalny charakter miasteczka Zacisze.

Małgorzata Rubiec-Masalska

Na zdjęciu z archiwum parafii Świętej Rodziny jest pierwsza Msza Świeta oraz poświęcenie placu pod kościół i Krzyża Misyjnego.